Śniło mi się, że pojechaliśmy z Marcinem do Krakowa na sztukę, w której przygotowaniu mieliśmy uczestniczyć. Odbywała się ona na małej scenie, z kurtyną rozsuwaną na boki. Reżyserka była bardzo energiczna, wszędzie latały kartki scenariusza. Ni stąd ni zowąd zauważyłam zniknięcie Marcina; pojechał do Zakopanego i miał wrócić dopiero za kilka godzin, lecz nie zabrał mnie, żeby nie odbierać mi zabawy. Zrobiło mi się jednak smutno i samotnie, i usiadłam na schodkach prowadzących na scenę i ugryzłam batonika, którego znalazłam w kieszeni, pomimo że przedstawienie się już rozpoczęło. Usiadła obok mnie aktoreczka, czternastoletnia dziewczyna o ciemnoblond włosach i błękitnych oczach. Zapytała dlaczego się smucę i nie czekając na odpowiedź, zaczęła mnie całować. Na widownię nagle wbiegła reżyserka ubrana jak asystentka iluzjonisty w cyrku i złapała wszystkich widzów z dwóch pierwszych rzędów za rękę. Tak ich to zaskoczyło, że upuścili na ziemię ogromnie grube "Przewodniki po sztuce", a to spowodowało jeszcze większy zamęt.
Nie wiem, jak znalazłam się niespodziewanie na ulicy o zmierzchu. Była to niezbyt szeroka droga oświetlona światłem lamp, z szeregiem ławek po obu stronach. Usiadłam na jednej z nich i wtedy zauważyłam mężczyznę z synem i, jak mi się wówczas wydało, z psem na smyczy. Mężczyzna miał rozwichrzone włosy, okulary i ubranie w nieładzie, natomiast chłopiec był bardzo zadbany. Z kolei ów pies jednak okazał się jego młodszym bratem, a zdawało mi się inaczej, bo szczekał i entuzjastycznie podskakiwał na czterech kończynach. Przyglądali mi się już z daleka i wyraźnie zamierzali do mnie podejść. Pierwszy dobiegł "piesek" i usiadł obok mnie, a jego brat na drugiej ławce i patrzył na mnie, jakby nic innego go nie interesowało; wydawał się nawet nie słyszeć rozmowy, która się nawiązała:
- Wiesz, umrę - powiedział chłopiec obok mnie.
- Dlaczego?
- Bo nie mam kręgów na mózgu tak jak ludzie.
- W gruncie rzeczy wszyscy kiedyś umrzemy, bez względu na to, czy mamy kręgi na mózgu, czy nie.
Uśmiechnął się na te słowa.
- Jem batonika - powiedziałam.
- Dobry?
- Nie. "Owsiano-kuleczkowy".
W zdumieniu otworzył szerzej.
- W ogóle nie wiedziałam, że mówisz.
Ni stąd ni zowąd był ranek i świeciło słońce, a my spacerowaliśmy po parku.
- Któregoś razu nauczycielka mnie pyta - opowiadał - "Gdzie jest twój brat?". "Nie wiem", mówię jej na to. Na drugi dzień mnie pyta "Gdzie jest twój brat?"; "Nie wiem", odpowiadam. Trzeciego dnia mnie pyta bardzo zdenerwowana: "Gdzie jest Twój brat?!" "Nie wiem, nie wiem, nie wiem", mówię. "Zadzwonię do Twojego ojca" - grozi i dzwoni. A on ją przeprasza, że jest takim złym ojcem, przeprasza, przeprasza, przeprasza, bo mój brat zaginął na trzy dni, bo tak palił papierosy, że rozbolała go głowa i wymiotował.
Widziałam to wszystko, o czym opowiadał, oczami wyobraźni, widziałam jego brata leżącego bolącą głową w dół za jednym z drzew - kiedy obraz zaczął się rozmywać.
Obudziłam się.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
"Pochwała snów"
Szymborska napisała kiedyś wiersz pt. Pochwała snów.
We śnie
We śnie
maluję jak Vermeer van Delft.
Rozmawiam biegle po grecku
i nie tylko z żywymi.
Prowadzę samochód,
który jest mi posłuszny.
Jestem zdolna,
piszę wielkie poematy.
Słyszę głosy
nie gorzej niż poważni święci.
Bylibyście zdumieni
świetnością mojej gry na fortepianie.
Fruwam jak się powinno,
czyli sama z siebie.
Spadając z dachu
umiem spaść miękko w zielone.
Nie jest mi trudno
oddychać pod wodą.
Nie narzekam:
udało mi się odkryć Atlantydę.
Cieszy mnie, że przed śmiercią
zawsze potrafię się zbudzić.
Natychmiast po wybuchu wojny
odwracam się na lepszy bok.
Jestem, ale nie muszę
być dzieckiem epoki.
Kilka lat temu
widziałem dwa słońca.
A przedwczoraj pingwina.
Najzupełniej wyraźnie.
Po nim nie pozostaje mi zbyt wiele do dodania.
W moich snach bywam czarownicą, małym pieskiem, superbohaterem, dwoma osobami naraz. Umiem latać, przenikać ściany. Mam jedną rękę, pięć albo dokładnie tyle, ile potrzeba. Odwiedzam inne światy, a może to ten sam, widzialny tylko dla dzieci. "Dzieciństwo to sen rozumu", jak powiedział Jean Jacques Rousseau, więc może nie mylę się tak bardzo?
Sen jest moim pierwszym wspomnieniem. Moja mama zawsze lubiła słuchać, jak jeszcze nie całkiem rozbudzona opowiadam swoje nocne przygody z najdrobniejszymi szczegółami i przeżywam je na nowo. Wielokrotnie nalegała, bym zaczęła je spisywać, ale dopiero Marcin i Becia zainspirowali mnie w tym stopniu, że powzięłam takie postanowienie.
I tak oto zaczęłam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)