poniedziałek, 27 sierpnia 2012

27.08.2012

Śniło mi się, że pojechaliśmy z Marcinem do Krakowa na sztukę, w której przygotowaniu mieliśmy uczestniczyć. Odbywała się ona na małej scenie, z kurtyną rozsuwaną na boki. Reżyserka była bardzo energiczna, wszędzie latały kartki scenariusza. Ni stąd ni zowąd zauważyłam zniknięcie Marcina; pojechał do Zakopanego i miał wrócić dopiero za kilka godzin, lecz nie zabrał mnie, żeby nie odbierać mi zabawy. Zrobiło mi się jednak smutno i samotnie, i usiadłam na schodkach prowadzących na scenę i ugryzłam batonika, którego znalazłam w kieszeni, pomimo że przedstawienie się już rozpoczęło. Usiadła obok mnie aktoreczka, czternastoletnia dziewczyna o ciemnoblond włosach i błękitnych oczach. Zapytała dlaczego się smucę i nie czekając na odpowiedź, zaczęła mnie całować. Na widownię nagle wbiegła reżyserka ubrana jak asystentka iluzjonisty w cyrku i złapała wszystkich widzów z dwóch pierwszych rzędów za rękę. Tak ich to zaskoczyło, że upuścili na ziemię ogromnie grube "Przewodniki po sztuce", a to spowodowało jeszcze większy zamęt.
Nie wiem, jak znalazłam się niespodziewanie na ulicy o zmierzchu. Była to niezbyt szeroka droga oświetlona światłem lamp, z szeregiem ławek po obu stronach. Usiadłam na jednej z nich i wtedy zauważyłam mężczyznę z synem i, jak mi się wówczas wydało, z psem na smyczy. Mężczyzna miał rozwichrzone włosy, okulary i ubranie w nieładzie, natomiast chłopiec był bardzo zadbany. Z kolei ów pies jednak okazał się jego młodszym bratem, a zdawało mi się inaczej, bo szczekał i entuzjastycznie podskakiwał na czterech kończynach. Przyglądali mi się już z daleka i wyraźnie zamierzali do mnie podejść. Pierwszy dobiegł "piesek" i usiadł obok mnie, a jego brat na drugiej ławce i patrzył na mnie, jakby nic innego go nie interesowało; wydawał się nawet nie słyszeć rozmowy, która się nawiązała:
- Wiesz, umrę - powiedział chłopiec obok mnie.
- Dlaczego?
- Bo nie mam kręgów na mózgu tak jak ludzie.
- W gruncie rzeczy wszyscy kiedyś umrzemy, bez względu na to, czy mamy kręgi na mózgu, czy nie.
Uśmiechnął się na te słowa.
- Jem batonika - powiedziałam.
- Dobry?
- Nie. "Owsiano-kuleczkowy".
W zdumieniu otworzył szerzej.
- W ogóle nie wiedziałam, że mówisz.
Ni stąd ni zowąd był ranek i świeciło słońce, a my spacerowaliśmy po parku.
- Któregoś razu nauczycielka mnie pyta - opowiadał - "Gdzie jest twój brat?". "Nie wiem", mówię jej na to. Na drugi dzień mnie pyta "Gdzie jest twój brat?"; "Nie wiem", odpowiadam. Trzeciego dnia mnie pyta bardzo zdenerwowana: "Gdzie jest Twój brat?!" "Nie wiem, nie wiem, nie wiem", mówię. "Zadzwonię do Twojego ojca" - grozi i dzwoni. A on ją przeprasza, że jest takim złym ojcem, przeprasza, przeprasza, przeprasza, bo mój brat zaginął na trzy dni, bo tak palił papierosy, że rozbolała go głowa i wymiotował.
Widziałam to wszystko, o czym opowiadał, oczami wyobraźni, widziałam jego brata leżącego bolącą głową w dół za jednym z drzew - kiedy obraz zaczął się rozmywać.
Obudziłam się.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz