We śnie
maluję jak Vermeer van Delft.
Rozmawiam biegle po grecku
i nie tylko z żywymi.
Prowadzę samochód,
który jest mi posłuszny.
Jestem zdolna,
piszę wielkie poematy.
Słyszę głosy
nie gorzej niż poważni święci.
Bylibyście zdumieni
świetnością mojej gry na fortepianie.
Fruwam jak się powinno,
czyli sama z siebie.
Spadając z dachu
umiem spaść miękko w zielone.
Nie jest mi trudno
oddychać pod wodą.
Nie narzekam:
udało mi się odkryć Atlantydę.
Cieszy mnie, że przed śmiercią
zawsze potrafię się zbudzić.
Natychmiast po wybuchu wojny
odwracam się na lepszy bok.
Jestem, ale nie muszę
być dzieckiem epoki.
Kilka lat temu
widziałem dwa słońca.
A przedwczoraj pingwina.
Najzupełniej wyraźnie.
Po nim nie pozostaje mi zbyt wiele do dodania.
W moich snach bywam czarownicą, małym pieskiem, superbohaterem, dwoma osobami naraz. Umiem latać, przenikać ściany. Mam jedną rękę, pięć albo dokładnie tyle, ile potrzeba. Odwiedzam inne światy, a może to ten sam, widzialny tylko dla dzieci. "Dzieciństwo to sen rozumu", jak powiedział Jean Jacques Rousseau, więc może nie mylę się tak bardzo?
Sen jest moim pierwszym wspomnieniem. Moja mama zawsze lubiła słuchać, jak jeszcze nie całkiem rozbudzona opowiadam swoje nocne przygody z najdrobniejszymi szczegółami i przeżywam je na nowo. Wielokrotnie nalegała, bym zaczęła je spisywać, ale dopiero Marcin i Becia zainspirowali mnie w tym stopniu, że powzięłam takie postanowienie.
I tak oto zaczęłam.
0 komentarzy:
Prześlij komentarz